Gdy jej matka znika w niejasnych okolicznościach, pojawia się łudząco do niej podobna druga dziewczynka (Gabrielle Sanz), równolatka, która odgrywa rolę nieobecnej matki. Francuska reżyserka Céline Sciamma („Portret kobiety w ogniu”) proponuje widzom podróż, w której przewodnikiem jest wrażliwość każdego z nas. W sieci pojawił się polski zwiastun nagrodzonego w Cannes filmu Céline Sciammy Portret kobiety w ogniu. Napisany i wyreżyserowany przez Céline Sciammę dramat stał się sensacją tegorocznego festiwalu w Cannes, a jury uhonorowało francuską twórczynię nagrodą za najlepszy scenariusz. PORTRET KOBIETY W OGNIU (Portrait de la jeune fille en feu), Reż. & Scen. Céline Sciamma; Wyk. Noémie Merlant, Adèle Haenel, Luàna Bajrami, Valeria Golino. Francja, 2019 Portret kobiety w ogniu jest obrazem wyjątkowym. Zamknięty niby to w gatunkach zwanych “melodramat” oraz “film kostiumowy” – wymyka się na swój sposób – obu. Umiejscowiony w odległych czasach (1770 Strona wizualna filmu to prawdziwe arcydzieło. Wybitne role Haenel i Merlant - spojrzenia, mimika, gesty - wszystko dopracowane do najmniejszego szczegółu, a jednocześnie tak prawdziwe, Dni Krytyki Filmowej w Gdyni 2020Dyskusja o filmie Portret Kobiety w OgniuMagdalena Felis, Anna Kądziela-Grubman, Błażej HrapkowiczProdukcja: Stowarzyszenie 6 kolorów, w których blondynki zawsze wyglądają dobrze; Francuska makijażystka zdradza, jak naprawdę malują się paryżanki – i jaki błąd popełniamy, chcąc je naśladować; Florence Pugh w nowej fryzurze i sukni, w której zachwyciła internet. Uczesanie aktorki przypomina słynne cięcie z lat 80. Céline Sciamma | Francja | 2019 | 122’. „Portret kobiety w ogniu” opowiada o miłości niemożliwej, uczuciach subtelnych i delikatnych oraz intymnej więzi łączącej bohaterki. Marianna przyjeżdża na wyspę, aby namalować portret Heloizy: arystokratki, przygotowywanej do aranżowanego małżeństwa. Heloiza buntuje się i nie chce 7CNZOjt. Zmysłowy i delikatny, a równocześnie żarzący się emocjami od pierwszej sceny. Wyróżniony w Cannes za scenariusz, dodatkowo otrzymał tam Queerową Palmę. Niby historia, którą kino opowiada od zawsze - historia rodzącej się miłości to motyw stary niczym sam świat - ale w filmie francuskiej reżyserki Céline Sciammy jest coś takiego, co zatrzymuje widza w kinowym fotelu jeszcze dłuższą chwilę po skończonym seansie. Barokowe niuanse "Portret kobiety w ogniu" to film niezwykle dwoisty. Świetnie obrazuje to już sam tytuł: z jednej strony portret to coś statycznego, to zamrożenie chwili, bezruch, uporządkowanie, coś przewidywalnego; z drugiej ogień kojarzy się z dynamiką, gwałtownością, czymś nieobliczalnym, żywiołem. Taki właśnie jest ten film. Z jednej strony jest technicznym, malutkim filmowym majstersztykiem skomponowanym analogicznie do powstającego w filmie portretu młodej, francuskiej arystokratki. To jak reżyserka wraz z autorką zdjęć, Claire Mathon, gra kolorami, światłem i kontrastem, zasługuje na wielkie brawa. Niesamowite ujęcia, które uchwyciły mimiczne dramaty bohaterek, tworzą charakterystyczny dla tego filmu nastrój. Nastrój zmysłowości, napięcia, intymności, emocjonalności. Ten film to nie tylko przepiękne krajobrazy, to także niesamowite kostiumy i wnętrza, które oddane zostały z zachowaniem najmniejszych szczegółów i eksponowane, podobnie jak w "Faworycie" Lanthimosa, za pomocą naturalnego światła świec. Momentami w trakcie seansu razi nas więc odbijające się od tafli morza słońce, to zaś w kolejnej scenie wpatrujemy się w mrok domu oświetlanego jedynie ogarkiem. Film Sciammy to film o malarstwie i tak też jest przez nią zrobiony - malarsko. Można by się było nawet pokusić o stwierdzenie, że jest nie tyle montażem ujęć i scen, ile montażem zachwycających obrazów. Blaski świecy I na razie tyle dobrego o tym filmie - technicznie jest świetny. Czy spełnia drugi, konieczny dla mnie warunek, by cały film ocenić jako bardzo dobry, a więc czy jest merytoryczny? Czy jest o czymś? Czy opowiada spójną historię wartą poznania? No właśnie, i tak i nie. Albo inaczej - z fabularnego punktu widzenia według mnie warto oglądnąć ten film nie ze względu na jego główną historię, bo nie jest niczym odkrywczym, ale ze względu na kryjące się za nią niedopowiedzenia, motywy i wynikające z niej konkluzje. Ale po kolei. Fabuła w skrócie: jedna z bretańskich wysp, około połowy XVIII wieku, a więc mniej więcej rok 1740. Heloiza (Adèle Haenel), córka arystokratycznej francuskiej rodziny, ma zostać wydana za mąż za mediolańskiego magnata. W celu stworzenia portretu przyszłej panny młodej, który miałby trafić przed oblicze jej przyszłego małżonka, na wyspę przybywa malarka, Marianne (Noémie Merlant). W takim zadaniu nie byłoby niczego trudnego, gdyby nie to, że portret młodej Heloizy ma namalować w sekrecie przed modelką, a więc bazując jedynie na swoich obserwacjach podczas spędzanego z nią czasu. Nad początkową nieufnością górę bierze ciekawość i fascynacja, która pozwala kobietom na bliższe poznanie. W zaciszu nadmorskiego zameczku rodzi się uczucie, które odciśnie piętno nie tylko na tytułowym portrecie. To podstawowa warstwa filmu. Ta według mnie mniej ciekawa. Bo znacznie ciekawsze jest to, co się za nią kryje. A więc nie tylko umyślnie przemilczana kwestia tego, dlaczego Heloiza ma wyjść za mediolańskiego bogacza, skoro jeszcze nie dawno jej codziennym strojem była mnisia szata. Co z matką Heloizy, która być może i postępuje na pozór bezwzględnie, ale dlaczego wydaje się równie nieszczęśliwa, uwięziona, targana równie gwałtownymi i skrywanymi emocjami. Znacznie ciekawsze jest podjęcie przez Sciammę wątku aborcji dokonywanych w tamtych czasach i związanych z nim relacji klasowych. A także kwestia wielkiej nieobecności mężczyzn w tym filmie. By odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest (bo oczywiście jest to zabieg świadomy), ciekawiej nie podążać za głównym, naocznym wątkiem, który proponuje odpowiedź: "by opowiedzieć historię miłości pomiędzy dwiema kobietami", ale wolę doszukiwać się przesłania związanego z rolą kobiet w historii. Z tym, że rola i udział kobiet w historii została ukryta, nieopowiedziana, zapomniana. W epoce, o której opowiada film żyło wiele malarek. Robiły kariery jako portrecistki, a nawet jako ogólnie utalentowane malarki, ale pozostały anonimowe, o ich imionach przeciętny odbiorca sztuki nie ma pojęcia. Nie to co o Michale Aniele, Tycjanie, Caravaggiu, Rembrandcie czy Vermeerze. Mówi o tym sama Marianne, malująca portret Heloizy - tylko dlatego że jest kobietą nie może malować nagich mężczyzn, a więc nie może studiować ludzkiej anatomii po to, by szkolić się w malarstwie. Podobnie zresztą jeżeli chodzi o wystawianie - swój świetny obraz podpisuje nazwiskiem ojca, by dotarł do szerszej publiczności. Dużo ciekawszy jest też wątek pozorów i konwenansów. Ale nie ujęty w taki sposób, o jakim mówi większość recenzji tego filmu, że kobiety żyły wtedy pod ich dyktando. Znacznie bardziej smakowite i wyrafinowanie przewrotne wydaje mi się to, że to właśnie na pozór zamknięta w konwenansach arystokratka Heloiza okazuje się wcale nie tak niewinna, a nawet zdecydowanie świadoma czynów swoich i rządzących światem zasad. Z kolei wydająca się bardziej wyemancypowaną kobietą malarka Marianna wcale nie postępuje wbrew ogólnie przyjętym zasadom. Feminoutopia Niektórzy recenzenci zarzucają filmowi Sciammy, że jest odrealniony, zbyt sentymentalny, że z jednej strony naturalistycznie prezentuje nam owłosione ciała kobiet, nitki śliny łączące się przez pocałunek, a równocześnie akcję historii umieszcza w odległej od cywilizacji idylli. I nie sposób się z takimi uwagami nie zgodzić. Wszystko w sposobie opowiadania Sciammy byłoby pięknie wiarygodne, gdyby nie to, że romans bohaterek nigdy nie został skonfrontowany społecznie. Żyją przez jakiś czas oddalone od cywilizacji, całkowicie mogące robić, co tylko zechcą, bez żadnej kontroli, bez żadnych doraźnych zobowiązań. Na obronę reżyserskiej wizji można jednak szepnąć, że końcówka historii w moich oczach całkowicie ją uwiarygadnia. Zdecydowanie nie kończy się bowiem cukierkowo. Można wręcz uznać, że to zakończenie filmu jest konfrontacją bohaterek ze społecznym porządkiem, z którym nie tylko przegrywają, ale na który się godzą. W wywiadzie dla niemieckiego magazynu "FAQ" 33-letnia Adèle Haenel wytłumaczyła powody rezygnacji z kina. "Nie jestem aktorką filmową. Jestem znana dzięki sukcesowi »Portretowi kobiety w ogniu«. Ale teraz pracuję tylko w teatrze. [...] Przemysł filmowy jest absolutnie reakcyjny, rasistowski i patriarchalny. [...] Jedyną rzeczą, która strukturalnie porusza społeczeństwo, jest walka społeczna. I wydaje mi się, że w moim przypadku odejść to walczyć. Opuszczając tę ​​branżę na dobre, chcę być częścią innego świata, innego kina" — tłumaczy. Resztę artykułu znajdziesz pod materiałem wideo: "Moje przekonania polityczne są w tej chwili dla mnie najważniejsze. Oczywiście pracowałam w branży filmowej i próbowałam coś zmienić. [...] Próbowałam zmienić coś od wewnątrz. Jeśli chodzi o ruch #metoo, sprawy kobiet czy rasizm, przemysł filmowy jest niezwykle problematyczny. Nie chcę już być tego częścią" — dodaje aktorka. Christophe Ruggia aresztowany. Adele Haenel: był podniecony, ja go odpychałam W 2019 r. Adèle Haenel ujawniła, że molestował ją Christophe Ruggia, reżyser pierwszego filmu ("Les Diables"), w którym wystąpiła, gdy była nastolatką. Ruggia został postawiony w stan oskarżenia w 2020 r. W tym samym roku aktorka sprzeciwiła się wyróżnieniu Romana Polańskiego Cezarem za film "Oficer i szpieg". Ostatnie filmy z jej udziałem "Portret kobiety w ogniu", "Deerskin" oraz "Bohaterowie nie umierają" miały premierę w 2019 r. Od tego czasu nie wystąpiła w żadnej produkcji. Aktualnie zrezygnowała z udziału w filmie Bruna Dumonta, po tym, jak nie udało jej się wpłynąć na ważne dla niej kwestie. "Początkowo myślałam, że to będzie niezła zabawa, coś w stylu Luke'a Skywalkera w kosmosie. Problemem jest to, że za zabawną fasadą kryje się obrona mrocznego, seksistowskiego i rasistowskiego świata. Scenariusz był pełen żartów o »cancel culture« i przemocy seksualnej. Próbowałam omówić to z Dumontem, bo uważałam, że dialog jest możliwy. Po raz kolejny chciałam wierzyć, że to nie było zamierzone. Ale było. Ta pogarda jest celowa" — tłumaczy aktorka. Cezary 2020: Adèle Haenel wyszła z sali w proteście przeciwko nagrodzeniu Romana Polańskiego Haenel nie wyklucza, że wystąpi jeszcze w filmach kobiet, np. Gisèle Vienne czy Céline Sciammy. “-Opowiedz mi o muzyce…– Trudno opowiada się o muzyce” Wydaje mi się, że udzieliłbym podobnej odpowiedzi, gdyby ktoś zapytał mnie o wrażenia odnośnie najnowszego filmu Céline Sciammy. Jednakże jeszcze trudniej byłoby mi milczeć i nie powiedzieć nic o swoich odczuciach związanych z “Portretem kobiety w ogniu”. Po drugim seansie (pierwszy podczas NH 2019) czuję jeszcze większy natłok emocji, a moje serce bije jeszcze szybciej na myśl o tym, z jak kompletnym dziełem przyszło mi obcować. Nie ma takich słów, które oddadzą w pełni mój zachwyt, ale postaram się wykorzystać wszystkie znane mi środki wyrazu, żeby zwerbalizować moje uwielbienie odnośnie tego filmu Wielka Céline Sciamma nie jest tym razem jedynie reżyserką, ale przede wszystkim malarką. Artystką, która stworzyła obraz subtelny i budzący wzruszenia zróżnicowaną paletą emocji. Elegancja bije z każdego kadru i z każdej strony (nagrodzonego notabene w Cannes) scenariusza. Choć punkt wyjścia do całej historii wydaje się być lekko schematyczny, dosyć znany widzowi zaznajomionemu choć trochę z gatunkiem melodramatu, to scenarzystka z niezwykłą finezją ucieka zaszufladkowaniu i komponuje jeden z najlepszych, nienaśladowczych romansów dekady. Największym ładunkiem emocjonalnym dzieła Sciammy są niezliczone pokłady ciszy – braku ujścia dla trzepoczących się w klatce uczuć. Bohaterki od samego początku dzielą fascynację względem siebie. Uczucie kiełkuje począwszy od wspólnych, owianych aurą tajemnicy spacerów po nabrzeżu i rozwija się podczas intymnych chwil malowania portretu. W przeciwieństwie do często porównywanego z tym filmem “Call me by your name”, już od pierwszych interakcji intencje kobiet są znane i jasne. Najtrudniejszym okazuje się być obnażenie prawdy uczuć, szczerych zamiarów skrytych za maską. Zarówno Marianne udaje kogoś kim nie jest, ukrywając prawdę o celu swej obecności w posiadłości, tak i Heloiza kreuje fałszywy obraz siebie wynikający z lęku przed przyszłością i naznaczony cieniem przeszłości. W momencie, gdy maski zostają zdjęte jeszcze większym problemem jest przełamanie granicy ciszy, milczenia i emocjonalnego otwarcia się na siebie. Z uwagi na fakt, że w rezydencji znajdują się tylko kobiety, nie ma tu mowy o barierach w postaci konwenansów, zasad i reguł, gdyż to bohaterki są osobami, które je wyznaczają. Na zrobienie „pierwszego kroku” Sciamma daje postaciom wyjątkowo dużo czasu. Każde spojrzenie, ułożenie dłoni, grymas na twarzy są istotnymi, mimowolnie wysyłanymi sygnałami. Relacja malarki i modelki sprzyja intensywnemu badaniu się i docieraniu do siebie. Długie chwile cichej obserwacji polegają na nauce anatomii gestów. Jedną z najlepszych scen w filmie jest wzajemne obnażenie charakterystycznych wzorców zachowań bohaterek. To też początek gry w “otwarte karty”. Kiedy już wszelkie zasłony milczenia i niedopowiedzeń zostają zerwane rozpoczyna się romans naznaczony cieniem szybko upływającego czasu. Każdy pocałunek i gest czułości przybliża kobiety do nieuchronnego końca (przymusowe zamążpójście Helloizy). Tykająca wskazówka zegara wyznacza rytm intymnym momentom, w których kochanki mogą jeszcze lepiej poznać swoje, pozornie znane na pamięć ciała, ale też rodzi zazdrość i żal. Najbardziej szczerą i chwytającą mnie za serce cechą tej relacji jest chęć utrwalenia jej wyjątkowości. Każdy portret, rysunek na marginesie książki i spojrzenie ma na celu zachowanie w pamięci wspólnych chwili. “Nie żałuj, nigdy nie żałuj. Pamiętaj.” Reżyserka dokonuje w swoim obrazie swoistej reinterpretacji mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Nieprzypadkowe podobieństwo jest potwierdzone w scenie cytowania lektury. Ale Sciamma idzie o krok dalej. Przyjmuje stanowisko, w którym nie obarcza winą głodnego miłości Orfeusza, czy niecierpliwiej Eurydyki, ale uznaje akt odwrócenia się za największy wyraz uczucia i odwagi. To moment, który pozwoli zachować obraz ukochanej żony na zawsze w oczach poety. To jest to trwałe zapamiętanie kosztem bólu, żalu. To właśnie orfeuszowe spojrzenie w tył zostawia wieczny ślad w pamięci obu kobiet. Absolutnie urzekła mnie stylistyka wizualna tego filmu. Jestem oczarowany iście vermeerowskimi kadrami. Sciamma komponuje precyzyjnie każdą scenę. Statyczne ujęcia, odzwierciedlają wizualny porządek i spokój. Wypełnia przestronne wnętrza ostrym światłem dziennym, pozbawiając ich jakiejkolwiek intymności. W tych pustych pokojach, największy nacisk kładziony jest na postaci i detale. Istotne jest każde zagięcie na sukni, stojący na stole wazon z kwiatami, dłonie muskające ziarna piasku. Ta dbałość o szczegóły połączona z grą spojrzeń kreuje wyjątkowe napięcie erotyczne. Te spokojne, jasne kadry kryją ogromne pokłady emocji, których ujściem są intymne spotkania w ciemnych, oświetlonych ciepłym, pulsującym światłem świec wnętrzach nocą. To rozgraniczenie również bardzo dobrze koresponduje z mitem o Orfeuszu i Eurydyce. Światło dzienne symbolizuje porządek i reguły panujące na Ziemii. Dopiero mrok otwiera drogę zmysłom. To właśnie gdzieś na granicy tych dwóch światów plasuje się miłość. Cała konstrukcja scenariuszowa i precyzyjna reżyseria, nie budziłyby tyle emocji, gdyby nie dwie wybitne aktorki przed kamerą. Noemie Merlant i Adele Haenel. W mistrzowski sposób obie Panie opanowały zasady gry subtelności gestów i spojrzeń. Nie można przemilczeć ostatniej kilkuminutowej sceny: powolny najazd kamery na Adele i rozgrywający się na jej twarzy koncert emocji. „Portret kobiety w ogniu” jawi się w mojej głowie jako film wybitny. Dzieło kompletne, w którym z każdego kadru bije blask doskonałości. Pamiętam bardzo dobrze, kiedy w te wakacje widziałem na własne oczy obraz Petera Bruegla “Polowanie myśliwych”. Stałem zachwycony i oniemiały łapiąc chciwie każdy detal uwieczniony na płótnie. Podobne emocje towarzyszyły mi w trakcie i po seansie filmu Sciammy. Każda kolejna scena wywoływała dreszcze podniecenia. Starałem się zapamiętać każdy idealnie skomponowany kadr, każdy gest i spojrzenie aktorek. “Portret kobiety w ogniu” mimo tej zewnętrznej formalności uderza swoją subtelnością i wiarygodnością historii. Wciąż mam jednak wrażenie, że opisuję muzykę. Że esencja tego filmu przecieka mi przez palce i tak wiele nie jestem w stanie opisać. Ta niemoc wyrazu jest z jednej strony frustrująca i deprymująca, ale z drugiej strony pozwala mi zachować najlepsze wspomnienia tylko dla siebie. Subtelna love story, płomienny manifest równości i pochwała kobiecego w Cannes za scenariusz film Céline Sciammy ubiera w XVIII-wieczny kostium jak najbardziej współczesne pragnienia i uczucia. Ich wyrazicielkami są szykowana do aranżowanego małżeństwa arystokratka Heloiza oraz jej portrecistka - wyemancypowana Marianne. Portret ma powstawać w sekrecie: Heloiza nie chce bowiem pozować, buntując się w ten sposób przeciwko przymusowemu zamążpójściu. Intymna więź, jaka nieoczekiwanie rodzi się pomiędzy bohaterkami, stanie się siłą zdolną przełamać niejedno opowieść o intensywnej, zmysłowej chwili utrwalonej w dziele, o miłości i kobietach przekraczających swój czas jest także hołdem oddanym wszystkim zapomnianym artystkom, których twórczość od wieków jest skutecznie pomijana w kanonie sztuki. W ramach Letniego Festiwalu Filmowego TME Polówka w sekcji Reżyserki w Muzeum Pałac Herbsta pokazany zostanie dramat historyczny „Portret kobiety w ogniu”. Wstęp bez rejestracji. „Portret kobiety w ogniu” Reż. Céline Sciamma / Produkcja: Francja (2019) / Gatunek: dramat, historyczny / Czas: 120' Opowieść o miłości wyprzedzającej swój czas i intymnej więzi zdolnej przełamać niejedno tabu. Film ubiera w kostium – akcja rozgrywa się w Bretanii w 1770 roku – jak najbardziej współczesne pragnienia i uczucia. Bohaterkami filmu są szykowana do aranżowanego małżeństwa arystokratka Heloiza oraz przybyła z Paryża malarka Marianna. Ta druga ma namalować portret tej pierwszej, ale w sekrecie: Heloiza nie chce bowiem pozować, buntując się w ten sposób przeciwko przymusowemu zamążpójściu. Marianna dyskretnie obserwuje swoją modelkę, intensywnie tworzy, ale niszczy kolejne wersje obrazu. Czuje, że nie pozna prawdziwego oblicza młodej kobiety tak długo, jak sama będzie ukrywać własne. Grają: Noémie Merlant, Adèle Haenel, Luàna Bajrami, Valeria Golino.

portret kobiety w ogniu muzyka